Moja popsuta noga już miała się lepiej ale chyba jeszcze nie odważyłabym się iść samotnie w góry, a do tego wszystkie prognozy krzyczały z wszelakich ekranów, że będzie deszcz i pioruny walić będą z lewa i z prawa. Tyle, że nie spadła ani kropla deszczu, a temperatura sięgała 34 stopni, ałć. No to zwiedzanko rozpoczęłam od zamku Hofburg. Zamek jest wielki i ma potężny dziedziniec, budowla też jest przepruta przejściami łączącymi zamek z główną częścią starówki. Bilet jak wszystko w Innsbrucku jest drogi ale moim zdaniem warto. Do zwiedzania są potężne dwa piętra i przyznaję, że spędziłam tam sporo czasu. Pierwsze piętro trochę mnie rozczarowało gdyż pełne jest różnej maści reprodukcji, oczywiście to nie znaczy, że jest źle zrobione co to, to nie. Z pomysłem z przeróżnymi wstawkami multimedialnymi i zabawkami takimi jak miecz ćwiczebny z drewna ale odpowiednio wyważony i zakończony żaróweczką, żeby się pobawić i zobaczyć gdzie by się trafiło - to wskazuje światełko, albo można usiąść na drewnianego konia przyłożyć głowę do przyłbicy i zobaczyć jakie mieli pole widzenia rycerze podczas turnieju. (Niestety jest kategoryczny zakaz robienia zdjęć.) Jest też o życiu w średniowieczu i renesansie, zainteresowaniach Maksymiliana I i tak dalej. Natomiast 2 piętro zwala z nóg szczególnie sala wielka. I w ogóle cała ekspozycja od podłogi przez sufity i żyrandole, piece kaflowe. Kolekcja portretów, komnaty cesarzowej Sisi, wszystko sprawiło, że czas przeznaczony na zwiedzanie tego muzeum znacznie się wydłużył. Dobrze też zorganizowane jest "zwiedzanie sufitów", a mianowicie na podłodze stoją liczne lustra, którymi można manewrować i oglądać sobie odbicie sufitów i szyja nie boli. Do zamku przyklejony jest kościół Hofburg, do którego przyklejone jest kolejne muzeum. Postanowiłam zwiedzić jedno i drugie i dostałam bilet, który można wykorzystać w ciągu roku i wejść do innych jeszcze miejsc w cenie tego biletu. Dodatkowo po okazaniu biletu, poświadczającego, wejście do zamku dostałam 20% zniżkę. Tutaj wtrącę, że Austria jest droga, a nawet bardzo droga, natomiast nauczyłam się jednego: nie przeliczać, bo to powoduje jedynie frustrację, nic więcej. W kościele wrażenie robią potężne rzeźby z brązu i symboliczny nagrobek Maksymiliana I. Natomiast muzeum jakby etnograficzne w swej stałej ekspozycji również bardzo mi się podobało i również spędziłam tam masę czasu. Szczerze mówiąc miałam już serdecznie dosyć zwiedzania i miałam ochotę posiedzieć sobie w parku na ławeczce ale większość muzeów w Innsbrucku, czynne jest do 17, zatem nie miałam wiele czasu, a postanowiłam skorzystać z ów rocznego biletu i przespacerowałam się do budynku arsenału, czy też zbrojowni, jest tam hmmm jakby to nazwać... jest tam wszystko i nic od czasów najdawniejszych po współczesne, jest o historii wspinaczki i nazizmie. Wystawa czasowa to wystawa odbiorników przeróżnych poczynając od jednego z pierwszych telegrafów. Byłam jedynym zwiedzającym to muzeum, cóż być może ludzie nie wiedzą, po co mają pójść do Muzeum w Zbrojowni...
Już na dosłownie oparach powlokłam się do centrum, przeszłam sobie absolutnie piękną częścią miasta, pełną willi i kamienic w łagodnych pastelowych kolorach. Sama przyjemność :)
Zdjęcia wrzuciły się na chybił trafił jak zwykle.








































