czwartek, 9 lipca 2026

Wuhan - nieśpiesznym spacerkiem i powódź w bonusie

Rano okazało się, że nadal leje. Znajoma przysłała mi zdjęcia z ostrzeżeniem, że jest powódź i muszę uważać. Pozalewane linie metra, ulice… Hmmm… Myślę, że w dużej mierze jest to efekt zabetonowania i wyasfaltowania wszystkiego, co tylko się da. Studzienki nie nadążają z odprowadzaniem wody i robi się mała powódź. Bardzo nieśpiesznie zjadłam śniadanie i wypiłam kawunię.

 

Świąteczne jadło.



Około 9.30 przestało padać, więc uznałam, że biorę pelerynę, parasol, klapki i idę. A co tam.

Przejścia pod ulicami w okolicy hotelu są podziemne. Nie, nie było tam sucho, ale stan ten określiłabym jako bardzo daleki od powodzi. Przeszłam i ruszyłam jak zwykle przed siebie. Tam, gdzie coś mnie zaciekawiło, po prostu zaglądałam. Nie spoglądając na mapę, trochę kręciłam się to tu, to tam. Zupełnie nieplanowanie dotarłam do kolejnego zakątka jeziora, czyli jak zwykle... trochę się zgubiłam. :)

Powodziowo



 


W ten sposób trafiłam na zwykłe ulice i do zwykłych ludzi, z dala od przeszklonych wieżowców – albo tuż obok nich. Mijałam małe lokalne sklepiki z żywymi kandydatami do bycia kolacją. Snułam się powoli, uśmiechałam do ludzi, machałam dzieciom. Spokojnie i bez pośpiechu. Ruch był niewielki, bo był to dzień wolny od pracy.











 

Po mniej więcej trzech godzinach napisała Shen. Okazało się, że przez kolejne kilka godzin nie będzie padać, więc zapytała, czy mam ochotę wybrać się do ogrodu botanicznego. Normalnie odpowiedziałabym: „Jasne, idziemy!”, ale tym razem było tu tak fascynująco, że delikatnie zaproponowałam dalsze snucie się po tym absolutnie ciekawym mieście, które w Polsce większości kojarzy się jedynie z covidowym nietoperzem.










Powiedziałam, gdzie mniej więcej jestem i w którą stronę idę. Dziewczyny przyjechały do mnie na rowerach miejskich. Kupiłyśmy butelkowaną herbatę i ruszyłyśmy dalej.

Niesamowite jest dla mnie poznawanie ludzi oraz ich często zupełnie innego sposobu myślenia i patrzenia na świat. Pokazywałam Shen to, co mnie zachwycało: babcię tańczącą i śpiewającą przed wózkiem z maleńkim wnukiem, niewielki warsztacik czy tory wyglądające jak tramwajowe. Jej zdziwiona mina była bezcenna. Mimo że wędrowałyśmy po dzielnicy, w której się wychowała, nie miała pojęcia, co to za tory.

I tu też powódź











Powiedziała, że pierwszy raz w życiu idzie tą ulicą i pierwszy raz dostrzega niektóre z tych rzeczy. Pokazałam jej zdjęcia sympatycznego skwerku, a ona przyznała, że tam również nigdy nie była. I nagle okazało się, że razem ze mną odkrywa na nowo swoje miasto. Stwierdziła, że takie zwolnienie tempa jest bardzo ciekawe.

Dotarłyśmy nad rzekę i pospacerowałyśmy wzdłuż brzegu. Tego dnia miało rozpocząć się Święto Smoków – wyścigi smoczych łodzi i różne pokazy. Jednak ze względu na pogodę wszystkie wydarzenia zostały odwołane. Z jednej strony ogromna szkoda, bo pewnie byłoby co oglądać. Z drugiej – nie było tłumów. Starsi panowie łowili ryby, inni puszczali latawce. Wszystko ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne.

Ponieważ hotel znajdował się jakieś osiem kilometrów od nas, wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do centrum handlowego. Takiego jak w Polsce, tylko większego i chyba bardziej eleganckiego. Przypominam – był to dzień świąteczny.

Najbardziej zadziwiła mnie księgarnia. Można do niej po prostu przyjść i czytać książki. Było tam mnóstwo ludzi – dorosłych i dzieci. Można też napić się czegoś albo zjeść przekąskę, bo przygotowano specjalną strefę do odpoczynku.

 

Postanowiłam kupić małej książeczkę na pamiątkę. Nie potrafiła zdecydować, którą chciałaby dostać, więc sama coś wybrałam.

Mała została w księgarni, a my wyszłyśmy na zewnątrz. Wtedy Shen zadała mi pytanie, czy czuję się komfortowo, kiedy ktoś mi coś daje. Uśmiechnęłam się, bo od razu pomyślałam o tym, ile czasu mi poświęciła. Odpowiedziałam, że jestem jej bardzo wdzięczna za ten czas i czuję się z tym dobrze, bo gdyby go nie miała, zapewne by mi go nie ofiarowała.

Ona również się uśmiechnęła. Wyjęła dla mnie małego, ślicznego wielbłąda w ozdobnym pudełeczku, a do tego podarowała pocztówki i bilet z jednego z miejsc w Chinach, które sama odwiedziła.


Kto wie… może jeszcze kiedyś spotkamy się w Europie.

Wieczorem, po konferencyjnej kolacji Marcina, pojechaliśmy nad rzekę podziwiać pięknie oświetloną panoramę miasta. I były nietoperze. :)

 



































Aż mi smutno, że to już koniec. Pora się pakować.

Wuhan - nieśpiesznym spacerkiem i powódź w bonusie

Rano okazało się, że nadal leje. Znajoma przysłała mi zdjęcia z ostrzeżeniem, że jest powódź i muszę uważać. Pozalewane linie metra, ulice… ...