Ale nim zamczysko, wsiadłam w tramwaj. który wjeżdża na wysokość blisko 1000m, gdzie według przewodnika miałam spotkać się z naturą bliżej niż mi się wydaje i las i ścieżki i jeziorka alpejskie, no więc sprawdźmy to.
Wsiadłam w tramwaj, sprawdzenie trasy nie stanowi problemu, po czym im wyżej tym wolniej, rzeczywiście w leśnych okolicznościach przyrody. Wysiadłam na jednym z ostatnich przystanków i pierwsze alpejskie jeziorko było ogrodzone z bramką wskazującą na opłatę wejściową. Jeziorko nie miało koloru lazurowego błękitu a raczej zielono-błotnisty. Poszłam dalej a tam w podobnym kolorze, małe z wydeptaną ścieżką, ukryte w gęstwinie. Trzecie znowu ogrodzone, wygląda jak własność prywatna. No i trochę mi jakoś tak nie tego, bo z jednej strony teren spacerowy, czy raczej może bardziej rowerowy, ale nie urywa wiadomo czego. Powiedziałabym, że raczej dla autochtonów z pieskami, biegaczy, czy rowerzystów, a nie dla turystów. Bogu dzięki za nawigację, bez której nie dotarłabym do przystanku, bo prowadziła do niego bardzo bardzo niepozorna ścieżka, a tam spał sobie jakiś pijany w sztok bezdomny. Na szczęście po mniej więcej 10 minutach podjechał tramwaj i postanowiłam udać się do zamku Ambras, który ponoć uznawany jest za najstarsze muzeum na świecie. Tuż przy wejściu spotkałam wycieczowiczów z Polski i pogadałam chwilkę z polskimi kierowcami i poszłam zwiedzać. I znowu muszę przyznać, że pięknie z niesamowitymi eksponatami. Tak to miejsce również polecam. I uwaga zaczęło padać ;) czyli prognozy z lekkim opóźnieniem ale się sprawdziły.


































