niedziela, 17 maja 2026

Pora na zamczysko w Innsbrucku

Ale nim zamczysko, wsiadłam w tramwaj. który wjeżdża na wysokość blisko 1000m, gdzie według przewodnika miałam spotkać się z naturą bliżej niż mi się wydaje i las i ścieżki i jeziorka alpejskie, no więc sprawdźmy to.

Wsiadłam w tramwaj, sprawdzenie trasy nie stanowi problemu, po czym im wyżej tym wolniej, rzeczywiście w leśnych okolicznościach przyrody. Wysiadłam na jednym z ostatnich przystanków i pierwsze alpejskie jeziorko było ogrodzone z bramką wskazującą na opłatę wejściową. Jeziorko nie miało koloru lazurowego błękitu a raczej zielono-błotnisty. Poszłam dalej a tam w podobnym kolorze, małe z wydeptaną ścieżką, ukryte w gęstwinie. Trzecie znowu ogrodzone, wygląda jak własność prywatna. No i trochę mi jakoś tak nie tego, bo z jednej strony teren spacerowy, czy raczej może bardziej rowerowy, ale nie urywa wiadomo czego. Powiedziałabym, że raczej dla autochtonów z pieskami, biegaczy, czy rowerzystów, a nie dla turystów. Bogu dzięki za nawigację, bez której nie dotarłabym do przystanku, bo prowadziła do niego bardzo bardzo niepozorna ścieżka, a tam spał sobie jakiś pijany w sztok bezdomny. Na szczęście po mniej więcej 10 minutach podjechał tramwaj i postanowiłam udać się do zamku Ambras, który ponoć uznawany jest za najstarsze muzeum na świecie. Tuż przy wejściu spotkałam wycieczowiczów z Polski i pogadałam chwilkę z polskimi kierowcami i poszłam zwiedzać. I znowu muszę przyznać, że pięknie z niesamowitymi eksponatami. Tak to miejsce również polecam. I uwaga zaczęło padać ;) czyli prognozy z lekkim opóźnieniem ale się sprawdziły.
















Via ferrata, czyli starość nie radość

    Tego dnia z rana ale nie bladym świtem wybraliśmy się na insbrucką via ferratę. Żeby wystarczyło czasu najpierw wybraliśmy się na górski tramwaj, potem na jedną kolejkę i drugą, aż wylądowaliśmy na grani. Zaczęło się w sumie na pionowej ścianie, chyba, żeby zrobić wrażenie i dać czas na wycofanie. Potem różnie raz łatwiej raz trudniej, przez rewelacyjny mostek nad przepaścią. Końcówka była taka, że na mnie przynajmniej, zrobiła znacznie większe wrażenie niż początek i tacy krótkonodzy jak ja spotykają się tam z pewnymi trudnościami. Niemniej jednak wychodziłam z założenia, że mamy czas. Nie było dzikich tłumów. Tak na prawdę minęły nas dwie osóbki chodzące raczej wyczynowo. Za nami podążały dwie dziewczyny, również niespiesznie i również niezbyt sprawnie i to by było na tyle. Jak pomyślę, o kolejkach w Tatrach przechodzą mnie dreszcze. Tutaj cisza, spokój, pusto. Przy zejściu były zielone hale, na których spotkaliśmy owieczki. I tak zeszliśmy sobie, do tym razem drugiej kolejki i tramwaju górskiego i tak minął dzień. Pięknie i słonecznie, choć chyba na takie eskapady robię się za stara.



























Pora na zamczysko w Innsbrucku

Ale nim zamczysko, wsiadłam w tramwaj. który wjeżdża na wysokość blisko 1000m, gdzie według przewodnika miałam spotkać się z naturą bliżej n...