niedziela, 17 maja 2026

Via ferrata, czyli starość nie radość

    Tego dnia z rana ale nie bladym świtem wybraliśmy się na insbrucką via ferratę. Żeby wystarczyło czasu najpierw wybraliśmy się na górski tramwaj, potem na jedną kolejkę i drugą, aż wylądowaliśmy na grani. Zaczęło się w sumie na pionowej ścianie, chyba, żeby zrobić wrażenie i dać czas na wycofanie. Potem różnie raz łatwiej raz trudniej, przez rewelacyjny mostek nad przepaścią. Końcówka była taka, że na mnie przynajmniej, zrobiła znacznie większe wrażenie niż początek i tacy krótkonodzy jak ja spotykają się tam z pewnymi trudnościami. Niemniej jednak wychodziłam z założenia, że mamy czas. Nie było dzikich tłumów. Tak na prawdę minęły nas dwie osóbki chodzące raczej wyczynowo. Za nami podążały dwie dziewczyny, również niespiesznie i również niezbyt sprawnie i to by było na tyle. Jak pomyślę, o kolejkach w Tatrach przechodzą mnie dreszcze. Tutaj cisza, spokój, pusto. Przy zejściu były zielone hale, na których spotkaliśmy owieczki. I tak zeszliśmy sobie, do tym razem drugiej kolejki i tramwaju górskiego i tak minął dzień. Pięknie i słonecznie, choć chyba na takie eskapady robię się za stara.



























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pora na zamczysko w Innsbrucku

Ale nim zamczysko, wsiadłam w tramwaj. który wjeżdża na wysokość blisko 1000m, gdzie według przewodnika miałam spotkać się z naturą bliżej n...