Wuhan leży w prowincji Hubei. Ma niesamowicie wielką bibliotekę i potężne muzeum. Odwiedzają je tłumy, głównie ze względu na dwa niezwykle cenne artefakty: miecz oraz najstarszy i najlepiej zachowany zestaw dzwonów, czyli dawny instrument muzyczny. Słyszałam tego typu cudo już dwa razy podczas tutejszych występów.
Uwaga – nie było tłumów. To znaczy było sporo osób, ale bez przesady. Nie wiem, dlaczego, bo dzień wcześniej widziałam przed wejściem koszmarną kolejkę, a ja przyszłam i weszłam od razu, oczywiście po zeskanowaniu paszportu. Bilet zarezerwowała mi Shen i, uwaga, był darmowy. Wysłała mi zrzut ekranu z rezerwacją, bo inaczej się nie dało – link otwierał się tylko w aplikacji przypisanej do jej konta. Bałam się więc, że coś pójdzie nie tak, że znowu pogrywamy z systemem ale na szczęście wszystko zadziałało.
Topografia muzeum jest dość trudna dla obcokrajowca, więc weszłam do pierwszej lepszej sali. I tu kolejne zaskoczenie – nie mieli żadnych przewodników po angielsku. ŻADNYCH ulotek, planu muzeum, audioprzewodnika... NICZEGO. Na salach bywają wprawdzie opisy po angielsku, ale są bardzo uproszczone. Czasem jedynym opisem eksponatu było po prostu: „garnek”.
W międzyczasie napisała do mnie moja Chinka, żebym kupiła sobie bilet na występ, jeśli chcę. No pewnie, że chciałam! Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Rozejrzałam się, ale nie było najmniejszych szans, żebym sama sobie z tym poradziła. Wzięłam więc głęboki oddech i poszłam do miejsca, które wyglądało jak punkt informacji. Tam od razu okazało się, że ktoś mówi po angielsku. Niestety nie udało mi się kupić biletu przez zeskanowanie kodu QR. Okazało się jednak, że można go kupić po prostu w okienku. Panie stwierdziły, że mogę mieć z tym problem, więc jedna z nich zadeklarowała, że mnie zaprowadzi. Podarowałam im pierniki, co wywołało szerokie uśmiechy na ich twarzach. Chwilę później jedna z pań postanowiła odwdzięczyć się tradycyjną zawieszką z okazji zbliżającego się Święta Smoczych Łodzi. No i poszłyśmy. Szczerze? Sama nigdy bym tam nie trafiła.
Kupiłam bilet na godzinę 14.00, a potem moja przewodniczka pokazała mi słynny zestaw dzwonów, miecz i kilka ciekawostek, o których sama nie miałabym pojęcia. Na przykład chłodziarkę do wina sprzed ponad dwóch tysięcy lat. Pani mówiła pięknie po angielsku. Zapytałam, czy naprawdę może sobie tak ze mną spacerować, bo właściwie robiła za mojego prywatnego przewodnika. Odpowiedziała, że jest muzealnym wolontariuszem i wszystko jest w porządku.
Eksponaty muzealne są niezwykle cenne. Pochodzą między innymi z grobowców. Można zobaczyć trumny, sam grobowiec, a także trumnę przeznaczoną dla żywego służącego, który składał z siebie ofiarę, aby po śmierci nadal służyć swojemu panu.
![]() |
To jest niezwykle cenny eksponat. Odkryty w grobowcu markiza Yi z państwa Zeng. Ma jakieś 2400 lat. |
![]() |
| Miecz Króla Goujiana, ma jakieś 2500 lat. Ludzie przychodzą tu dla tej broni. |
Co ciekawe w naszych muzeach nie dotykamy na przykład gablot z eksponatami. Tutaj są one niemiłosiernie upaprane bo wszyscy je macają :D
Przed godziną 14 zaczęłam szukać wejścia do sali koncertowej. Przyszłam kilkanaście minut wcześniej, bo bałam się, że się zgubię i wszystko przepadnie. Poznałam mamę z dwiema dziewczynkami, które były po jakichś egzaminach, oraz ich młodszego braciszka. Dziewczynki były bardzo nieśmiałe, ale mama skutecznie zachęciła je do rozmowy ze mną.
Sam występ bardzo mi się podobał. Tutaj było zdecydowanie najwięcej instrumentów, choć tancerka była tylko jedna. Instrumenty grały razem niczym orkiestra, ale były też występy solowe. Każdy koncert poprzedzało krótkie wprowadzenie, z którego oczywiście nie zrozumiałam ani słowa. Mimo to, podobnie jak dwa poprzednie występy, ten również był niezwykle ciekawy.
Po koncercie poszłam dalej zwiedzać. Ostatecznie byłam w muzeum niemal do 16.00, czyli prawie sześć godzin. W międzyczasie poznałam też przesympatyczne dziewczynki i oczywiście nie mogło zabraknąć tradycyjnego wspólnego zdjęcia.
Na popołudnie byłam umówiona z moją przesympatyczną znajomą, żebym mogła poznać jej córeczkę. Z hotelowego holu odebrała mnie cała sympatyczna rodzinka i pojechaliśmy do nieco większego sklepu spożywczego.
Zioła na zbliżające się święto. 
Durian, może z moim węchem jest coś nie tak ale jego zapach był całkiem znośny. 
Opisane rodzaje durianów. 
Tu można kupić herbatę.
W takich sklepach można kupić również świeżo przygotowywane jedzenie, właściwie gotowy obiad. Moi znajomi uznali, że koniecznie muszę czegoś spróbować. Zastrzegłam tylko, że nie mogę jeść ostrych potraw, bo naprawdę nie mogę i zwyczajnie ich nie lubię.
Najpierw dostałam do spróbowania zawiniątko przygotowywane specjalnie na święto. W liście bambusa zawija się bardzo klejący ryż – albo z mięsem, albo na słodko. Ja dostałam wersję na słodko: z czerwoną fasolą i daktylem. Było bardzo, bardzo dobre i niezwykle sycące.
Potem mała Luna przygotowała dla mnie placek z mięsem z kaczki zanurzonym w słodkim, ale zupełnie innym niż u nas sosie, z dodatkiem ogórka i jeszcze kilku składników, których nawet nie potrafię nazwać. Było pyszne. Zjadłabym więcej, ale zwyczajnie nie byłam już w stanie nic w siebie wcisnąć.
Później odebraliśmy Marcina z konferencji i trochę opowiadał o tym, czym zajmuje się w Polsce. Tak zakończył się dzień. A właściwie nie do końca, bo nagle zaczęło lać. I to nie jakiś zwykły deszczyk, tylko absolutne oberwanie chmury.








































