piątek, 26 czerwca 2026

Come fly with me...czyli jak dostać się na drugi koniec świata, trochę nudne ale konieczne


Przygoda rozpoczęła się, jak już wcześniej napisałam, z drobnym poślizgiem. Spóźnienie na pociąg do Warszawy poskutkowało chwilą stresu. Do tego – pewnie trochę z niewyspania (bo spałam krótko i kiepsko), a trochę z przedpodróżnych nerwów – zaczęła boleć mnie głowa. Z czasem okazało się, że ból był naprawdę paskudny.

Na szczęście drugi pociąg do Warszawy przyjechał punktualnie, a przesiadka na SKaeMkę poszła błyskawicznie. Na lotnisku również wszystko przebiegło sprawnie – bramki Emirates otwarto idealnie o czasie, więc czekaliśmy może pięć minut. Miła obsługa, wszystko dobrze zorganizowane. Samolot wystartował punktualnie, a widoki zza okna były zachwycające. To znaczy były wtedy, kiedy akurat nie spałam, bo głowa bolała mnie niemiłosiernie.

 






Jedzenie w samolocie… no cóż. Jak na Emirates chyba oczekiwałam czegoś więcej. Zresztą po raz pierwszy z powodu bólu głowy tylko podłubałam w tym, co dostałam, i dziękowałam za wynalezienie Coca-Coli, bo przy takich bólach po prostu robi mi się niedobrze.

Dubaj z góry wyglądał urzekająco. Na lotnisku od razu czekały panie z tabliczkami, na których widniały nazwy kolejnych destynacji, i kierowały pasażerów we właściwe miejsca. To było bardzo pomocne, bo sami pewnie mielibyśmy spory problem z odnalezieniem się. Jechaliśmy pod lotniskiem autobusem żeby dostać się na inny terminal. Okazało się, że pod lotniskiem w Dubaju jest cała sieć drogowa.






 Odlot o 2.30 był już wyzwaniem. Głowa wciąż bolała, więc zwinęłam się w kłębek i spałam jak zabita. 


 Samolot był największym jaki istnieje – ludzi cała masa, a mimo to wszystko odbyło się bardzo sprawnie. Noc była ciemna, głowa bolała, więc znów poszłam spać. Tak, budząc się tylko od czasu do czasu, przeleciało osiem godzin. Niestety siedzieliśmy przy ogromnym skrzydle, więc widoków praktycznie nie było.

Szanghaj przywitał nas sprawnym odbiorem bagaży i bezproblemowym odnalezieniem Magleva (kupcie bilet w okienku przy okazaniu karty pokładowej zamiast 50 zapłacicie 40 juanów), którym koniecznie chcieliśmy się przejechać. Tylko z płatnościami szło nam początkowo słabo, bo karta eSIM nie działała tak, jak powinna. Przed wyjazdem zainstalowaliśmy wszystkie polecane aplikacje – Alipay i WeChat – a kartę eSIM kupiliśmy na Trip.com, bo podobno świetnie sprawdza się w Chinach. Na szczęście szybko wpadliśmy na to, że przecież trzeba włączyć roaming, i od tej chwili wszystko działało jak z płatka. Płatności przez Alipay okazały się szybkie i bezproblemowe. Uff. Mała uwaga do wybierających się do Chin, zgłoście w swoim banku wyjazd, bo na miejscu możecie się zdziwić. Druga sprawa: wypełnijcie sobie migracyjny formularz online https://s.nia.gov.cn/ArrivalCardFillingPC/entry-registation-home, ściągnijcie na telefon dokument. Paszport zawsze miejcie przy sobie - przydaje się przy wejściach do pociągów, i muzeów (na jego podstawie właściwie wchodzicie).





 

Z Magleva trzeba było przesiąść się do metra, ale po krótkiej chwili rozszyfrowywania planu wszystko stało się jasne. Hotel celowo wybraliśmy blisko stacji metra, żeby nie targać walizek zbyt daleko, i był to bardzo dobry wybór. To znaczy… niby blisko, a jednak zaliczyliśmy cztery windy i kilka przejść nad ruchliwymi ulicami. Sam budynek hotelu zdecydowanie wyróżniał się spośród okolicznej zabudowy. Pokój – no cóż – typowo azjatycki, czyli malutki, ale wyposażony we wszystko, co potrzebne. I po raz pierwszy trafiliśmy do pokoju bez okna. Dziwne uczucie.







 

Głowa nadal bolała mnie okropnie. Pomyślałam więc, że podczas wieczornego spaceru po prostu kupię coś przeciwbólowego. Taaa… To nie Polska, gdzie apteka jest niemal na każdym rogu (a przynajmniej na tym deptaku nie było ani jednej, czyli uwaga Torunianie taka szanghajska Szeroka i ani jednej apteki). Ostatecznie ratowałam się Colą z automatu.

Przed wyjściem sprawdziłam prognozę pogody. Pokazywała 97% szans na deszcz. No i się sprawdziło. Po wyjściu z metra okazało się, że nie tyle pada, co po prostu leje jak z cebra drobniutki, ale nieustający deszcz. I tak oto spacerowaliśmy po Szanghaju w deszczu. Co jakiś czas zaczepiali nas chcący nam coś sprzedać ludzie - to były jakieś bony czy tam inne losy, w sumie to nie mam pojęcia co to było. Nie, nie kupiliśmy :)




























Ja ślizgałam się w moich sandałach jak na lodowisku i chodziło mi się ciężko, bom łamaga niemożebna. Mimo pogody było pięknie, choć wokół przewijał się chyba pierdylion Chińczyków – tłok i hałas były wszechobecne.

Marcin zgłodniał, ale nie odważył się jeszcze spróbować lokalnego jedzenia, więc poratował się KFC. Ja miałam moją rozpuszczającą zęby Colę.

Po bardzo sympatycznym spacerze wróciliśmy do hotelu około 23.00. Trochę dlatego, że metro w Chinach nie kursuje całą dobę – w tygodniu jeździ mniej więcej do 22.30, a w weekendy podobno nawet godzinę dłużej.

Wróciłam do pokoju i padłam. Tak zakończył się dzień pierwszy nazwijmy go rozruchowym :).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Come fly with me...czyli jak dostać się na drugi koniec świata, trochę nudne ale konieczne

Przygoda rozpoczęła się, jak już wcześniej napisałam, z drobnym poślizgiem. Spóźnienie na pociąg do Warszawy poskutkowało chwilą stresu. Do ...