No jak niedziela, to wiadomo – idziemy do kościoła. Zlokalizowaliśmy jeden niedaleko. Wybraliśmy się tam na piechotę i miło było zobaczyć puste, zwyczajne ulice Szanghaju (tu mieszka 30 milionów ludzi, więc niełatwo o puste ulice).
![]() | |||
![]() |
| Trochę jak w Japonii |
![]() |
| Remiza |
Według wszelkich znaków na niebie i ziemi msza powinna być o ósmej. Liczyliśmy, że potrwa jakąś godzinkę, a potem planowaliśmy zwiedzić Muzeum Historii Naturalnej. Wymeldować mieliśmy się w południe, więc nie liczyliśmy na jakieś dokładne zwiedzanie, ale uznaliśmy, że jest jakieś tam „naj”, ma fajną kolekcję dinozaurów i znajduje się rzut kamieniem od hotelu (co było bardzo istotne). Dotarliśmy punktualnie i usłyszeliśmy jakieś śpiewy, no więc gdzie słyszysz śpiew tam idź. Powitała nas jakaś urocza zakonnica, wskazała schody i poszliśmy. Weszliśmy zgodnie z intuicją i mina ćwiczących chórzystów (jak się później okazało) była bezcenna. Szturchnęłam męża mojego mówiąc, że tu jakby ołtarza nie ma. No i pierwsze dziękczynienie jakie wznieśliśmy tego dnia to za translator i działający Internet. Jedna z Pań zaprowadziła nas jeszcze wyżej, gdzie kościół wyglądał jak kościół.
Tylko że msza okazała się być nie na ósmą, a na dziewiątą i trwała blisko dwie godziny, więc zwiedzanie muzeum nam nie wyszło. Do tego zaczęło padać, więc nawet nie wróciliśmy pieszo.
Głowa ciągle mnie ćmiła, ale nie było tragedii. Postanowiliśmy kupić małe co nieco. Nasze śniadanie stanowiły: woda kokosowa z jaśminem i kartofel. Pomyśleliśmy, że to bezpieczne jedzenie – w sumie chińskie, ale było całkiem dobre. Mój ziemniak był jakby starty na paski, z dodatkiem cebulki i marchewki, a następnie raczej usmażony bo był dość tłusty. Marcin dostał coś, co wyglądało jak batat, ale chyba nim nie było, choć ponoć smakowało jak coś pomiędzy zwykłym ziemniakiem a właśnie batatem. Woda kokosowa z jaśminem była tłusta (jak woda kokosowa), ale rzeczywiście bardzo wyraźnie jaśminowa.
![]() |
| Cała masa pysznych bułeczek, sądzę, że z całą masą konserwantów. |
![]() |
| Robali jest tam dostatek, nie, nie dałam rady. |
O dwunastej wymeldowaliśmy się i, trochę nastraszeni tym, że dworzec jest ogromny, łatwo się na nim zgubić i spóźnić na pociąg, powoli udaliśmy się na stację kolejową. Dodam tylko, że była dwunasta, a nasz pociąg odjeżdżał o 16.53. Na dworzec, nieśpiesznie, dotarliśmy chwilę po trzynastej. I rzeczywiście – jest ogromny. Nie widzieliśmy wcześniej niczego podobnego. To jeden z największych dworców na świecie. Obsługuje ponad 200 tysięcy pasażerów dziennie. Dworzec ma trzydzieści torów, przy czym na każdy z nich prowadzą dwa osobne wejścia co daje sześćdziesiąt kolejek Wygląda właściwie jak lotnisko, z niewiarygodną liczbą przewijających się ludzi. A, i żeby było śmieszniej, to nie jest jedyny dworzec w Szanghaju, ten po prostu jest przeznaczony obsłudze szybkich kolei. Chiny rozbudowują szybkie koleje z rozmachem. Łączna długość to 50 tysięcy kilometrów (5 razy tyle co w całej Europie).
![]() |
| Szliśmy nieśpiesznie ;) |
Szybkie koleje chińskie są bardzo popularne, a biletów nie daje się kupić z dużym wyprzedzeniem. I tu zaczęła się przygoda, bo kiedy kupowaliśmy bilety, okazało się, że kupiłam ostatni bilet do drugiej klasy (o czym wtedy nie wiedziałam). Bałam się, że dla Marcina nie będzie już żadnego miejsca, ale na szczęście zostały jeszcze bilety do pierwszej klasy.
Przed wejściem na dworzec – podobnie jak do metra – przechodzi się kontrolę jak na lotnisku. Bagaż jest prześwietlany, a pasażer sprawdzany wykrywaczem metalu. Następnie na dworcu kolejowym (w metrze już nie) skanuje się dokument – w naszym przypadku paszport, a Chińczycy pokazują swój dowód tożsamości. Bilet kupuje się wcześniej i wszystkie dane z paszportu są do niego przypisane, więc właściwie nie istnieje jego papierowa wersja. Po zeskanowaniu paszportu obsługa od razu widzi, że pasażer ma ważny bilet. Wagon i numer miejsca widoczne są w aplikacji.
Przed wejściem na peron również skanuje się paszport, dzięki czemu praktycznie nie da się wsiąść do niewłaściwego pociągu. Do każdego pociągu są takie jakby lotniskowe bramki. Na peron zaczynają wpuszczać dopiero piętnaście minut przed odjazdem. Wszystko mają znakomicie zorganizowane i dokładnie wyliczone – jeśli jesteście na czas, wszystko przebiega sprawnie. Gorzej ze spóźnialskimi. Całość jest bardzo dobrze oznakowana. Marcin wchodził przez inną bramkę (mimo, że pociąg ten sam), więc gdyby coś poszło nie tak, byłoby naprawdę nieciekawie.
![]() |
| Owoce są cudowne :) |
Szybkie koleje chińskie są bardzo wygodne. Jest dużo miejsca na nogi. Co chwilę przechodzi ktoś sprzedający przekąski, ktoś inny oferuje gotowe dania. Można też zamówić posiłek z restauracji przez aplikację – zostaje dostarczony na stację, a następnie przyniesiony prosto do miejsca w pociągu. Z żadnej z tych opcji nie skorzystałam. Marcin dostał natomiast wodę i przekąski. W pierwszej klasie jest jeden fotel mniej w rzędzie – w drugiej układ siedzeń to 2+3, a w pierwszej 2+2. Jak się okazało w drodze powrotnej, jakość wykończenia i estetyka jest oczywiście na wyższym poziomie w klasie pierwszej. Jest powszechny dostęp do wrzątku więc można sobie zalać co nieco, jak ktoś ma ochotę.
Co chwilę przechodziła też pani zbierająca śmieci, bo Chińczycy naprawdę dużo jedzą. Do tego mlaszczą, chrumkają, ciumkają, bekają i charkają – bez względu na płeć. Było dla mnie zaskakujące, że prześliczna, drobniutka, młodziutka Chineczka potrafi charknąć i splunąć jak, nie przymierzając, nasz rodzimy żul spod budki z piwem. Kichają również głośno, wyraźnie i całym sobą.
Prędkość pociągu jest zmienna i dochodzi do 350 km/h. Niestety nie siedziałam przy oknie, ale od czasu do czasu zerkałam. Widoki były bardzo sympatyczne – pola ryżowe, wioski, miasta, od czasu do czasu górki i pagórki. Zdarzały się również wjazdy do tuneli, choć niezbyt często.
Ciekawa była też kontrola biletów. Pani konduktorka weszła do wagonu, rozejrzała się i jakby na chybił trafił sprawdziła dokument tylko jednej osoby w przedziale, w którym siedziałam.
Swojej stacji nie przespałam. Wysiadłam razem z tłumem ludzi i dość szybko odnaleźliśmy się z Marcinem. Razem z resztą pasażerów powędrowaliśmy do metra. Czekały nas dwie przesiadki, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. A że mój mąż jest mistrzem nawigacji, z metra wyszliśmy dosłownie dwadzieścia metrów od hotelu.
![]() |
Bilety to metra bywają różne, czasem kartonik, czasem jak plastikowa karta, a czasem taki żetonik |
W hotelu dostaliśmy dwa małe kubeczki z ciepłą wodą. Nie mam pojęcia, co to właściwie było – opcja pierwsza po prostu ciepła woda, ale wydawało mi się, że miała lekko ryżowy posmak, opcja druga rodzaj herbaty. Obie opcje równie prawdopodobne, bo podobno w Chinach pije się ciepłą wodę i jest to tradycja głęboko zakorzeniona w tamtejszej medycynie, ale w hotelach podaje się pewien rodzaj herbaty, który stawia podróżnego na nogi. I tak, choć być może to siła sugestii - zmęczenie zniknęło.
Pokój ma okno – jupii! I ma wszystko, czego potrzeba.


































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz