Pierwszy challenge zaliczony, czyli śniadanie. Było mnóstwo typowo chińskich potraw, ale znalazły się też bardziej europejskie propozycje, takie jak musli, jogurt czy rogaliki. Nieśmiało spróbowałam tych dań, które nie sprawiały wrażenia niebezpiecznych, żyjących ani po prostu dziwnych. Dałam radę, a niektóre nawet bardzo pozytywnie zaskoczyły moje kubki smakowe. No i oczywiście – owoce są tutaj cudowne.
Potem Marcin poszedł na swoją konferencję, a ja, trochę niepewna, ogarnęłam walizkowy bajzel i postanowiłam wyjść z hotelu. Przyznaję jednak, że nie towarzyszył mi jakiś wielki hurraoptymizm. Pamiętałam Japonię, gdzie właściwie nikt nie chciał wchodzić ze mną w interakcje. Do tego dochodził zupełnie nieznany język, a ja i mapy nigdy nie stanowiliśmy idealnego duetu.
Postanowiłam pójść nad jezioro East Lake. Było niedaleko, więc nawigacja nie była specjalnie potrzebna. Oczywiście tradycyjnie spakowałam toruńskie Katarzynki dla jakichś miłych, przypadkowo napotkanych ludzi, choć szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłam, że się przydadzą.
Jezioro rzeczywiście okazało się blisko. Jest ogromne, otoczone rozległymi terenami zielonymi, więc postanowiłam po prostu pospacerować.
W pewnym momencie zaczepiła mnie para przesympatycznych Chińczyków. Powtórzę: to mnie zaczepiono! Byłam w lekkim szoku. Pomyślałam, że chwilę porozmawiamy, dostaną pierniki – jak to często bywa podczas moich podróży – i każde pójdzie w swoją stronę. Tymczasem okazało się, że... mogą po prostu pospacerować ze mną.
Było to dobrze wykształcone małżeństwo (mają kilkuletnią córeczkę, która była w szkole). Spacerowaliśmy razem, a oni z ogromną cierpliwością odpowiadali na moje liczne pytania o Chiny i pokazywali mi różne zakątki parku.
Oczywiście zaczęłam wypytywać, co jeszcze warto zobaczyć. Okazało się, że koniecznie powinnam pojechać na drugi brzeg jeziora. Potem padło pytanie, czy umiem jeździć na rowerze, a chwilę później usłyszałam, że ona mnie tam zabierze, a on musi już wracać, bo ma po południu jakieś obowiązki (była około 13.00).
Byłam zadziwiona i trochę skonfundowana, że ktoś tak po prostu podarował mi swój czas i uwagę. Jak się później okazało – nie tylko tego dnia.
Tak oto poznałam transport publiczny w postaci autobusów. Muszę przyznać, że sama miałabym z tym ogromny problem. Wszystko jest zapisane chińskimi znakami, znikąd pomocy, a praktycznie nikt nie rozumie angielskiego.
Moja nowa koleżanka pomogła mi zainstalować odpowiednią aplikację i przejść cały proces rejestracji – oczywiście ze skanowaniem twarzy i paszportu. Dzięki temu zapłaciłam za przejazd jak rasowy Chińczyk. Koszt? Zaledwie 0,87 zł, a podróż trwała około pół godziny.
Kierowcy w Wuhan jeżdżą szybko i dość gwałtownie, z czego podobno słyną w całych Chinach. Podobno jest nawet powiedzenie, o kimś, kto prowadzi bardzo nazwijmy to dynamicznie: „Jeździsz jak kierowca z Wuhan.”
Po drugiej stronie jeziora wypożyczyłyśmy rowery miejskie. Już na starcie zostałam poinformowana, gdzie jest dzwonek – najwyraźniej to bardzo ważny element wyposażenia 😀
Pojechałyśmy przez park pełen przesympatycznych zakątków. Widziałam przepiękne motyle, ciekawe ptaki i mnóstwo rzeźb przedstawiających tutejsze legendy oraz mity. O dziwo dzwonka nie użyłam ani razu. W jednym z tradycyjnych budynków trafiłam na krótki koncert grany na dzwonach i innych tradycyjnych instrumentach. Muzycy byli oczywiście ubrani w tradycyjne stroje. Bardzo, bardzo mi się podobało.W pewnym momencie podeszła do mnie bardzo zestresowana dziewczynka, może czternastoletnia, i nieśmiało poprosiła o wspólne zdjęcie. Przy okazji usłyszałam, że jestem piękna. Hłe hłe... stały tekst. Już to kiedyś przerabiałam. Dziewczynka była jednak tak urocza, że nie mogłam odmówić.
Było tam też trochę eksponatów oraz wyjścia na zewnętrzne balkony i tarasy, z których można było podziwiać okolicę.
A skoro już o widokach mowa... Moim zdaniem były dość zamglone. Pomyślałam więc, że przejrzystość powietrza jest kiepska i smog to tutaj codzienność. Tak właśnie to skomentowałam. Okazało się jednak, że byłam w absolutnym błędzie. Podobno teraz powietrze jest rewelacyjne, a naprawdę źle bywa dopiero jesienią... I chyba nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak to wtedy wygląda.
Po zwiedzaniu zostałam zabrana do marketu. Nie chodzi o te większe od naszych kiosków sklepy, które służą głównie do kupowania przekąsek, napojów i słodyczy, ale o normalny supermarket spożywczy.
Postanowiłam kupić herbatę. Będąc w towarzystwie znawczyni, czyli Chinki, uznałam, że na pewno doradzi mi coś dobrego. I tu spotkała mnie niespodzianka… Okazało się, że zwykłej herbaty – mam na myśli białą, czarną, zieloną czy czerwoną – nie ma. Na półkach dominowały najróżniejsze mieszanki owoców, ziół, pestek i czegośtam. Oczywiście kupiłam je na próbę, bo skoro lokalne, to trzeba spróbować.
Moja przewodniczka powiedziała mi też, że tradycyjnych sklepów jest coraz mniej, ponieważ młodsze pokolenie kupuje praktycznie wszystko przez internet.
Dostałam również listę miejsc, które koniecznie powinnam zobaczyć podczas pobytu. A na sam koniec, na kolację, kupiłam sobie... arbuza z ciężarówki. 🍉🙂
Kiedy uznałam, że ten dzień już niczym mnie nie zaskoczy i właściwie dobiegł końca, dostałam wiadomość od mojej nowej, przesympatycznej chińskiej koleżanki. Napisała, że następnego dnia ma wolne i z przyjemnością będzie mi towarzyszyć w dalszym zwiedzaniu.




























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz