czwartek, 2 lipca 2026

O tym jak Chince nie udało się oszukać systemu a ja przeszłam chiński rowerowy chrzest bojowy.

Zaczęło się od hotelowego śniadania i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nałożyłam sobie jakieś kiełki bambusa (albo coś). Wyglądały niewinnie, ale okazały się tak ostre, że poparzyły mi wargi i nie dałam rady ich zjeść. Muszę też przyznać, że mają tu absolutnie znakomitą kawę (albo ja jestem już na takim głodzie kofeinowym, że smakowałaby mi każda).

Resztki marcinowego śniadania.

 

Na 9.00 byłam umówiona pod Muzeum Prowincji Hubei (nasz hotel znajduje się tuż obok), żeby zarezerwować bilet wstępu. Ostatecznie chwilowo się to nie udało. Wsiadłyśmy więc do metra, potem czekała nas przesiadka. Usłyszałam od mojej znajomej, że nie przepada za metrem, bo łatwo się w nim zgubić ze względu na ogromną liczbę wyjść. I rzeczywiście – jest ich naprawdę sporo.

Sporo tych wyjść.
 

Linia, do której się przesiadłyśmy, okazała się naziemna, dzięki czemu mogłam pooglądać stare, zwykłe budynki i zwykłych mieszkańców miasta. Wysiadłyśmy w starej dzielnicy, którą Chińczycy bardzo chętnie odwiedzają i się nią zachwycają. Zabudowa przypomina europejskie miasta. Moja koleżanka zrobiła mi mnóstwo zdjęć w miejscach, w których sami Chińczycy najczęściej fotografują się na pamiątkę.


 

 















Niespiesznym krokiem dotarłyśmy nad Jangcy. Posiedziałyśmy tam chwilę, oglądając zdjęcia naszych rodzin i zajadając sprasowane glony. Tak, dobrze czytacie — sprasowane, chrupiące jak chipsy glony. A smak? Jakbyście jedli papier, w który kiedyś była zawinięta wędzona makrela ;)

Potem ruszyłyśmy dalej. Po drodze miałam okazję najpierw przyglądać się, a potem nawet potrzymać latawiec pewnego bardzo miłego starszego pana. Latawiec szybował tak wysoko, że przypominał maleńki punkt na niebie. Właścicielowi nigdzie się nie spieszyło — spokojnie ćmił papierosa, podczas gdy ja nie mogłam wyjść ze zdumienia, obserwując prawa fizyki w praktyce. 











Kolejnym punktem programu było przepłynięcie na drugi brzeg rzeki. Jedni korzystają z promu turystycznie, inni po prostu jako środka transportu – razem z rowerami i motocyklami. Przeprawa kosztuje w przeliczeniu około 80 groszy. Sama przejażdżka była bardzo sympatyczna, choć smog skutecznie odbiera możliwość podziwiania błękitnego nieba. To nadal robi na mnie przygnębiające wrażenie. Sama rzeka również nie wygląda na szczególnie czystą – jest mulista, pełna glonów i, patrząc z naszej perspektywy, przypomina raczej bardzo szeroki ściek. Może to oczywiście mylne wrażenie i nie jest tak źle jak wygląda.










 

Spacerem doszłyśmy do mostu. Jest ich tutaj kilka, ale właśnie ten uchodzi za atrakcję turystyczną. Most jest dwupoziomowy: na dole kursują pociągi, a u góry znajdują się jezdnia i chodniki dla pieszych. Był to pierwszy most na Jangcy, zbudowany w latach 50. XX wieku. Moja koleżanka opowiedziała mi też o zasadzie obowiązującej na jednym z mostów – w dni parzyste mogą po nim jeździć samochody z parzystymi numerami rejestracyjnymi, a w dni nieparzyste te z nieparzystymi.



 

 

Przeszłyśmy most pieszo i dotarłyśmy do jednego z symboli Wuhan – Wzgórza Węża z Żółtą Wieżą Żurawia. Wieża była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, ale w niczym nie umniejsza to jej uroku. Kupiłam bilet, natomiast moja koleżanka, jako mieszkanka miasta, weszła za darmo (i tak powinno być). Dała mi przy tym jakiś dodatkowy bilet i powiedziała, że jest na przedstawienie ale nie wytłumaczyła niczego więcej. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, ale oczywiście go wzięłam.

Na wieżę wchodzi się pieszo (tak na niepełnosprawnych ma się tutaj raczej wywalone). Z każdego poziomu można wyjść na zewnątrz i podziwiać panoramę miasta. W środku znajdują się cytaty z lokalnych poematów, trochę eksponatów i malowideł. Bardzo ciekawe i sympatyczne miejsce.

 
















O 14.00 miał rozpocząć się spektakl. Okazało się, że teren, na którym się znajdowałyśmy, jest całkiem rozległy i świetnie zorganizowany, a samo przedstawienie odbywa się w zupełnie innym budynku.

Moja koleżanka powiedziała, że wejdzie ze mną, bo musi skorzystać z toalety, a na spektakl pójdę już sama – ona poczeka na zewnątrz. Hmmm...

Pokazałam bilet, a pani przy wejściu oznajmiła po chińsku, że twarz nie zgadza się z biletem. I tak właśnie mojej koleżance nie udało się oszukać systemu. 😂 Błyskawicznie kupiłam właściwy bilet i obie obejrzałyśmy bardzo ciekawy występ. Tym razem nie była to tylko muzyka – pojawiły się również tańce.


 


Na początku spektaklu odbyło się krótkie wprowadzenie, z którego nie zrozumiałam ani słowa. Jak się później okazało, prowadzący zadał publiczności pytanie. Moja przewodniczka błyskawicznie zgłosiła się do odpowiedzi i – jak się okazało – odpowiedziała poprawnie. W nagrodę otrzymała darmowy bilet uprawniający do uderzenia w ogromny dzwon.

Bilet podarowała mnie, dzięki czemu przez krótką chwilę mogłam poczuć się jak chiński dzwonnik.


 

Po raz kolejny zostałam poproszona o wspólne zdjęcia. Dla tych młodziutkich Chinek muszę wyglądać naprawdę egzotycznie. Chwilę później zobaczyłam dwie dziewczyny ubrane w przepiękne tradycyjne stroje. Wyglądały jak porcelanowe laleczki, więc moja koleżanka postanowiła poprosić je o wspólne zdjęcie. Najzabawniejsze było to, że bardzo się ucieszyły, wręcz zapiszczały z radości, po czym zapozowały niczym porcelanowe figurki. A ja? Ja wyglądam na tym zdjęciu jak szeroko uśmiechnięty pajac.


 

Dzień wcześniej zapytałam tylko, czy jest możliwość zwiedzenia tutejszych świątyń. I tak trafiłam do kompleksu świątyń taoistycznych.

Samo dotarcie tam okazało się najbardziej ekstremalną rzeczą, jaką zrobiłam w życiu. Wypożyczyłyśmy rowery miejskie i tym razem, niczym prawdziwa Chinka, przemierzałam tutejsze, piekielnie niebezpieczne ulice.

Matko, jak oni jeżdżą! Mam wrażenie, że wszelkie przepisy ruchu drogowego stanowią tu co najwyżej luźną sugestię. Sami Chińczycy chyba mieli ze mnie niezły ubaw, a właściwie z mojej przerażonej i bardzo niepewnej miny.

Kiedy w końcu dotarłyśmy na miejsce, Shen z uśmiechem oznajmiła, że teraz mogę już nazywać się prawdziwą Chinką. Przed wejściem do świątyni spotkałam jedyną żebrzącą osobę, jaką widziałam podczas całego pobytu. Podobno był to człowiek zmagający się z chorobą psychiczną. Zapytałam, czy powinnam wrzucić mu jakiś datek. W odpowiedzi usłyszałam, że tylko jeśli sama mam na to ochotę. Uznałam więc, że tak, i wrzuciłam mu kilka drobnych.








 W samym kompleksie świątyń niestety nie można robić zdjęć, a szkoda, bo wnętrza robią ogromne wrażenie. Bardzo ciekawa tradycyjna zabudowa i bardzo ciekawe wnętrza, do których mogłam wejść i się rozejrzeć. Za wejście zapłaciłam około 5 zł. Zapaliłam trzy kadzidełka – podobno tyle właśnie powinno być – zapytałam, czy jest to rytuał religijny ale usłyszałam, że w moim przypadku nie, co nie przeszkodziło mi westchnąć w tym momencie do Anioła Stróża.

Po całym kompleksie pałęta się mnóstwo kotów. Psy w niektórych regionach Chin nadal bywają zjadane, natomiast koty są symbolem indywidualności, wolności i boskości.

 

W jednej ze świątyń kupiłam mojej przewodniczce lokalną przepowiednię. Niestety nie była zbyt optymistyczna ale ona na szczęście nie przejęła się tym.

Na terenie kompleksu znajdują się również miejsca związane z tradycyjną medycyną chińską. Można dać się tam poklepać, obstukać i obpukać, ale jakoś nie poczułam takiej potrzeby. Było też miejsce jakby cmentarz lub prawdziwy cmentarz - nie zrozumiałam zbyt dobrze. Miałam tam niczego nie dotykać ani wstążeczek ani roślin, oczywiście bezwzględnie posłuchałam.

Później trafiłyśmy do miejsca, którego nawet moja przewodniczka nie znała. Zadecydowałam, że wchodzimy. Okazało się, że była to pijalnia herbaty połączona ze sklepikiem. Zaprosiłam koleżankę na herbatę. Wybrałam białą i zieloną, po czym... okazało się, że obie musimy poprosić o pomoc, bo kompletnie nie wiedziałyśmy, jak się za to wszystko zabrać. Czyli jednak nie jest tak, że każdy Chińczyk zna się na herbacie i potrafi ją odpowiednio zaparzyć. 😂


 

I tak oto siedziałyśmy przy dwulitrowym dzbanku, otoczone całym zestawem herbacianych akcesoriów i filiżankami pełnymi herbaty, rozmawiając o religii, filozofii i o tym, co w życiu naprawdę ważne. I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie po raz kolejny, że bez względu na pochodzenie, kulturę czy religię, łączy nas znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Był to chyba najmilszy moment całej wyprawy.

Na koniec taksówką zostałam odwieziona pod hotel. Taksówki nazywają się tutaj Didi. Początkowo myślałam, że chodzi o słowo oznaczające „młodszego brata”(jest to jedno z tych słów, których zdołałam się nauczyć). Okazało się jednak, że to zupełnie inny akcent. DiDi to po prostu odpowiednik naszego „bip, bip”, czyli dźwięku klaksonu.

Wieczorem, kiedy Marcin już był wolny od swoich zawodowych zobowiązań, poszliśmy sobie na spacer nad jezioro było pięknie. Spotkaliśmy też pewnego młodego przemiłego człowieka, który bardzo chciał rozmawiać, tylko... nie umiał. 

To był wspaniały, wyczerpujący, fascynujący dzień. 













 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O tym jak Chince nie udało się oszukać systemu a ja przeszłam chiński rowerowy chrzest bojowy.

Zaczęło się od hotelowego śniadania i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nałożyłam sobie jakieś kiełki bambusa (albo coś). Wygląda...