niedziela, 12 lipca 2026

Pekin i pora do domu

Rankiem wyruszyliśmy na tutejszą stację. Wyjechaliśmy wcześnie, choć nie tak wcześnie jak w Szanghaju. Chyba oswoiliśmy się już z tutejszym porządkiem i zwyczajami, bo dworzec nie wydawał nam się już taki straszny. Spaliśmy niewiele, więc kawa była wręcz obowiązkowa. I tak, chińskimi kolejami dużych prędkości, ruszyliśmy do Pekinu. Podróż była wygodna i szybka, a tym razem także bez tłumów. Jak zwykle w takich sytuacjach dokuczała mi myśl, że ja jeszcze nie chcę wracać do domu. Nieuchronnie jednak nasza wyprawa zbliżała się do końca. Zanim wsiedliśmy do naszego wielgaśnego Airbusa, czekało nas jeszcze kilka godzin w Pekinie.






Stacja kolejowa okazała się potężna i nieco się załamaliśmy, szukając przechowalni bagażu. Po zrobieniu kilku kółek zdecydowaliśmy się w końcu zapytać. Trochę to trwało, bo okazało się, że przechowalnia mieści się... w małym sklepie spożywczym.

Przechowalnia bagażu

 

i sklepik obok z takim napisem :)
 

Wiedzieliśmy, że do Zakazanego Miasta nie wejdziemy, bo nie zarezerwowaliśmy biletów, co należy uczynić dokładnie tydzień przed planowaną wycieczką. Ja bardzo chciałam zobaczyć Plac Tian’anmen, a z takich obowiązkowych punktów programu w naszym zasięgu była jeszcze Świątynia Nieba. Od niej więc rozpoczęliśmy zwiedzanie. Moja aplikacja do komunikacji miejskiej błyskawicznie i bezproblemowo przestawiła się na Pekin, podczas gdy Marcin za każdym razem toczył walkę z biletomatami. Ostatecznie dotarliśmy na miejsce bez większych problemów. Kupiliśmy bilety obejmujące zarówno teren świątyni, jak i wszystkie dostępne obiekty. Oczywiście wszędzie przechodziliśmy kontrole.




Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale jedna z pań sprawdzających bilety najwyraźniej zatrzymała mój. Zorientowałam się dopiero przy wejściu do kolejnej części kompleksu. Ludzi było mnóstwo i szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, jak to się skończy. Wyciągnęłam paszport, powiedziałam, że zgubiłam bilet, i zostałam przepuszczona. Mam wrażenie, że po prostu nikt nie miał ochoty wdawać się w dyskusję i robić sobie dodatkowego problemu. Sam teren jest bardzo ciekawy – taoistyczna świątynia z pierwszej połowy XV wieku wraz z otaczającym ją kompleksem zdecydowanie są warte zobaczenia. Mnie jednak najbardziej interesowali sami ludzie.




































Jedną z ciekawszych sytuacji było spotkanie z parą, prawdopodobnie młodym małżeństwem. Podeszli do nas z zeszytem i poprosili o wpisanie życzeń oraz, oczywiście, o wspólne zdjęcie. Jakże by inaczej. Przyznaję, że sama również poprosiłam o zdjęcie z absolutnie uroczą małą dziewczynką ubraną w tradycyjny strój. Takich osób – zarówno dzieci, jak i dorosłych – było tam naprawdę sporo. Oczywiście mamie małej panienki wręczyliśmy pierniki.

Kucamy, dziewczynka na oko ma około 5 lat.

Zwiedzanie zajęło nam sporo czasu, a pogoda dopisała aż za bardzo. Postanowiliśmy coś zjeść. Wybraliśmy niewielką knajpkę pełną lokalsów, co uznaliśmy za najlepszą rekomendację. Zamówiliśmy danie dnia – coś na kształt zupy z makaronem i kilkoma kawałkami mięsa. Smakowała dość słono, trochę jak bulion z dodatkiem sosu sojowego. Szału nie było, ale zjeść się dało.


Prawda jest taka, że kompletnie nie wiedzieliśmy, gdzie iść dalej, a metro jest zaskakująco słabo widoczne na mapach – nawet tych chińskich. Zapytaliśmy więc na przystanku autobusowym, a pewna pani wskazała nam drogę. Czekał nas spory kawałek spaceru, ale mówi się trudno, idzie się dalej.


 

Naszym kolejnym celem był Plac Tian’anmen. Z jednej strony mea culpa – nie sprawdziliśmy wcześniej, jak wygląda procedura wejścia. Z drugiej jednak… rejestracja na wejście na największy plac świata i kontrola jak na lotnisku? Naprawdę? No naprawdę. I tym sposobem nasze plany legły w gruzach. Dość mocno rozczarowani usiedliśmy pod drzewem, żeby chwilę ponarzekać. Po kilku minutach ruszyliśmy jednak dalej. Pobiegliśmy do metra, żeby dostać się do parku z pagórkami, z których rozciąga się słynny widok na dachy Zakazanego Miasta.

 




Oczywiście najpierw bilety, paszport, kontrola i wszystkie procedury wejścia do parku, a potem dosłownie biegiem na górę, bo czas zaczął nam się niebezpiecznie kurczyć. Zdjęcia zrobione, ludzi całkiem sporo, więc równie szybkim tempem zbiegliśmy na dół i z powrotem do metra.

 

























W tym momencie w głowie mieliśmy już tylko jedno pytanie: gdzie właściwie zostawiliśmy nasze bagaże? Niby żarty i śmiechy, ale stresik jednak się pojawił. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Odebraliśmy walizki i ruszyliśmy na lotnisko.






I tak zakończyła się nasza chińska przygoda. No dobrze… jeszcze pewną atrakcją okazały się potężne turbulencje podczas lotu. Ja jednak byłam tak zmęczona, że tylko przez sen docierało do mnie, iż samolotem rzuca jak latawcem. A przecież lecieliśmy największym samolotem pasażerskim świata.
Dubaj, lecim do Wawy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pekin i pora do domu

Rankiem wyruszyliśmy na tutejszą stację. Wyjechaliśmy wcześnie, choć nie tak wcześnie jak w Szanghaju. Chyba oswoiliśmy się już z tutejszym ...