czwartek, 5 lipca 2018

Paris, Paris part1

Blog ma dotyczyć wypraw rodzinnych, a wyprawa do Paryża do takich nie należała, bo byliśmy bez dzieci. Zatem będzie to kilka myśli nieuczesanych okraszonych zdjęciami.
Jechałam do Paryża z myślą taką: ja tam sikać po nogach nie będę na pewno nie jest tak fajnie jak wszyscy mówią. I powiem Wam ... jest pięknie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane tam powrócić.
Trzeba zacząć od tego, że jestem wielbicielem języka francuskiego, bogatej kultury, architektury, folkloru francuskiego i ... serialu Allo Allo, czyli nikłe było prawdopodobieństwo, że Paryż mi się nie spodoba :D
Myśl nieuczesana numer 1
To, że człowiek posługuje się odrobinę językiem francuskim już wiele rzeczy ułatwia  we Francji, choć przyznam, że konwersowałam jedynie ze starszymi paniami z pieskami, posiadającymi masę czasu, a przede wszystkim mówiącymi powoli i wyraźnie ;) I takie konwersowanie wszystkim serdecznie polecam.

Wieczorkiem, spacerkiem, chyba nikomu nie trzeba przedstawiać

Dodaj napis











niedziela, 24 czerwca 2018

Comment ca va, czyli rozpoczynamy przygody we Francji

Niech będzie prolog, a co tam. Teraz będzie słów kilka o wyprawach do krainy winnic i sera, czyli do mojego ulubionego europejskiego kraju. Vive la France :)

środa, 20 czerwca 2018

Hongkong, w r a c a m y do domu

Nad ranem ruszyliśmy na lotnisko, to samo, które przywitało nas nieco ponad pół roku wcześniej. Zostawiliśmy tam wynajęty samochód, pożegnaliśmy Artura, który pomógł nam bladym świtem z walizkami i całą resztą. I tak jakoś oczy mi się spociły, a po głowie chodziła myśl: ja nie chcę jeszcze wracać!!!

W oczekiwaniu na nasz samolot.


Lecimy. Pod nami środkowa, pustynna część Australii.




I Morze Celebes.



I lądujemy w Hongkongu.


Do kolejnego samolotu mieliśmy jakieś osiem godzin, więc wyrobiliśmy wizy tymczasowe i wyszliśmy na miasto. Z lotniska do miasta trzeba dojechać szybką koleją miejską. Sam przejazd odbywa się pomiędzy wyspami, na których mieszczą się kolejne stacje. Samo lotnisko też jest na wyspie. W Hongkongu po raz pierwszy poczuliśmy się jak eksponaty, bo przemiłe honkongijki robiły sobie z naszymi dziećmi selfie ;)




Oczywiście możliwości było sporo, ale wybraliśmy Victoria Peak. W tym celu musieliśmy przebrnąć przez miasto między wieżowcami.


Choć na mapie wygląda to prosto, to w rzeczywistości przemieszczanie się jest dość skomplikowane. Odbywa się różnymi tunelami, kładkami, które znacznie wydłużają drogę.










Dotarliśmy :)

I zastaliśmy kolejkę, na kilkaset osób. Masakra.


Na szczęście na szczyt wjeżdża się całkiem pojemną kolejką więc poszło całkiem sprawnie. Kolejka jest zabytkowa, co mocno kontrastuje z wszechobecnymi wieżowcami.


A tu widać jak duże jest nachylenie podczas wjazdu. Na tyle duże, że siedzenia w tramwaju również są pochylone, żeby skompensować efekt.


Widok na miasto z góry. Trzeba przyznać, że widok robi ogromne wrażenie. Nieprzypadkowo trafia na pocztówki jako zdjęcie wizytówkowe Hongkongu. Warto było poczekać do wieczora.






Warto było poczekać również i z innego powodu. O ósmej wieczorem każdego dnia rozpoczyna się w Hongkongu tzw. symfonia świateł. Wieżowce zaczynają świecić na różne kolory, pojawiają się na nich animacje, itp. Jak to wygląda można zobaczyć np. tu: Symphony of Lights.





Jeszcze przed końcem widowiska stwierdziliśmy, że te wszystkie osoby z kolejki muszą też zjechać na dół, a my do samolotu mamy tylko trzy godziny, a lotnisko na innej wyspie, a do stacji trzeba jeszcze dojść... Więc postanowiliśmy zjechać co prędzej. Wieczorem Hongkong jest urokliwy również z perspektywy ulicy.


W pociągu, który dowiózł nas na lotnisko.


Wylatywaliśmy w nocy. Dzieci zasnęły jeszcze na pasie startowym. No i lot przebiegł tym razem bez przykrych niespodzianek.


We Frankfurcie mieliśmy bardzo mało czasu na przesiadkę. Więc bardzo dużo biegaliśmy, ale się udało. Wylecieliśmy o wschodzie Słońca, ale po tak długim locie poczucie czasu swoje, a Słońce swoje.



poniedziałek, 18 czerwca 2018

Powrót do Adelajdy part2

Tym razem ociągaliśmy się jeszcze bardziej, chyba dlatego, że wszyscy, od największego do najmniejszego, zdaliśmy sobie sprawę, że to już na prawdę koniec naszej wielkiej przygody...
Wyjazd opóźnił się, gdyż przy kempingu był spory plac i Marcin zrobił dzieciom niespodziankę. Każde prowadziło samochód, w tym nastolatka samodzielnie (automatyczna skrzynia biegów ma dużo plusów).
Jedziemy :)

Wymyśliłam sobie, że wybierzemy się do miasteczka Hahndorf. Miasteczko założone przez niemieckich osadników usytuowane jest na obrzeżach Adelaida Hills. Pielęgnowana jest tam jego poniemiecka proweniencja, na przykład z knajpek dobiega folklor niemiecki, a złocisty trunek podawany jest przez panie w strojach żywcem wyjętych z October Festu.
Miałam informacje, że można tam dostać dobre jedzenie, wybrałam się zatem na łowy, ażeby co nieco przywieść naszym znajomym, którzy po raz kolejny mieli nam uratować skórę i przenocować przed wylotem. Do udanych zdobyczy zaliczam wspaniały ciemny miód gryczany i mam nadzieję dobre wino z rodzinnej winnicy.




czwartek, 7 czerwca 2018

Powrót do Adelajdy part1

Ranek przywitał nas wspaniałą, słoneczną pogodą. Z domków i namiotów wyłonili się nasi współspacze, którzy wielce ochoczo zabrali się za karmienie kakadu. No jeśli tubylcy mogą to chyba znaczy, że my też możemy. Zatem przez kolejną godzinę papugi jadły nam z ręki. Jest to niezapomniane wspomnienie do dnia dzisiejszego.



No i jak zwykle zbieraliśmy się do południa, po czym okazało się, że nie doczytaliśmy umowy i w rezultacie nie umieliśmy się wydostać. Do bramy był kod jednodniowy chwilowo nas zmroziło. Perspektywa zapłacenia za kolejną dobę nie napawała nas radością. No cóż, to jednak Australia, więc nikt nie widział problemu dostaliśmy nowy kod wyjechaliśmy i już. Czyli cała rozsiana przeze mnie panika nie miała najmniejszego sensu.
Jedziemy w stronę Adelajdy nasz Tour de Australia powoli dobiega końca. A po drodze takie widoki wielki błękit i pustkowie.



W Australii mało jest zabytków, więc czasem na środku pustkowia tworzy się coś... na przykład gigantyczne zwierzęta australijskie, na które można się wdrapać.


Na obiad zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Dimboola, gdzie znalezienie skweru z czynnym grillem nie stanowiło żadnego problemu, a do tego przypadkiem znalazła się lokomotywa.



Ostatni kemping Coonalpyn Soldiers Memorial Caravan Park był puściutki. Posiadał jednak łazienki i ciepłą wodę. Opłatę za niego należało uiścić wrzucając do skrzyneczki wypisaną karteczkę z numerami rejestracyjnymi samochodu i odpowiednią kwotą. Żeby nie było wątpliwości wrzuciliśmy :)



Kolejna przygoda przez duże PRZY

Kolejna przygoda przez duże PRZY to wyprawa do Chin. Mam uczucia co najmniej mieszane ;) ale co tam. Nie wiem czy będę miała dostęp ale jeśl...