wtorek, 6 marca 2018

Port Noralunga

Ależ piękna jest Australia! A było to tak...
Najpierw ustaliliśmy, że z okazji pięknej pogody i weekendu odwiedzamy nowe miejsce, którym jest Moana. Na planowanie wyprawy zużyliśmy jednak zbyt mało czasu, co poskutkowało tym, że nasz plan miał nieco luźne więzy. Innymi słowy wiedzieliśmy mniej więcej gdzie dotrzeć, ale już czym i jak to ... trochę mniej. No więc najpierw pojechaliśmy pociągiem do centrum. Potem następnym pociągiem do Seaford (bardzo długa trasa). A potem wsiedliśmy do autobusu, który akurat podjechał. Okazało się, że autobus nie chciał jechać tam gdzie my chcieliśmy żeby jechał. A nawet więcej, on chciał jechać dokładnie w przeciwną stronę :) Co prawda Marcin zapytał kierowcę, czy jedzie w stronę Moany, ale on odpowiedział, że nie wie. Pokazał listę przystanków i jak zobaczyliśmy na liście nazwę ulicy, która leży blisko Moany to stwierdziliśmy, że to pewnie to. Potem okazało się, że ta ulica jest długa i leży w pobliżu wielu miejsc :) Ale nie ma tego złego...
Po przejechaniu kilku przystanków i wymianie spojrzeń z mężem, którym towarzyszyły lekko zmarszczone brwi, wysiedliśmy gdzieś. Z pomocą przyszła nowoczesna technologia, a ściślej rzecz ujmując gps, który poinformował nas, że nie jest tak źle, i że do wybrzeża blisko. 
Okazało się, że wylądowaliśmy w Port Noarlunga przy ujściu rzeki Onkaparinga, która tworzy malownicze zakola i leniwie wpływa do Zatoki Świętego Wincentego. Widoki jakie nam się ukazały były przepiękne, i to nawet jak na australijskie standardy :) Wraz z powolnym nurtem Onkaparingi do morza wpływały sobie łódeczki i kajaki. Woda była krystalicznie czysta i widać było dno rzeki. Widok z góry na zatokę pozwalał napawać się spektrum barw. Od błękitnej barwy płycizn, po granat głębin. Od jasnożółtego piasku na plaży po ciemno czerwoną barwę klifów. Pięknie.
Po zejściu na dół po schodkach dotarliśmy do form skalnych, w których wydrążone były różnych kształtów szczeliny i jamy. Oprócz tego znaleźliśmy kilka nowych stworów, np. rozgwiazdę. Na plaży spędziliśmy kilka godzin, Marcin z Agą poszli popływać i poskakać na falach. Spotkaliśmy kilku Australijczyków próbujących pływać na deskach surfingowych, ale fale były za małe i po jakimś czasie się poddali. Cały dzień był bezchmurny a temperatura rozleniwiała. Tak właśnie spędziliśmy sobotę rozkoszując się urokami naszej dopiero co poznanej, a już ulubionej plaży.
Niedzielę za to spędziliśmy na Semaphore Beach wraz ze znajomymi z Marcina pracy i ze znajomymi znajomych :) Wszyscy są Polakami. Także popołudnie spędziliśmy na gawędzeniu o tym i owym. Semaphore to plaża nam już znana i bardziej "komercyjna". Prowadzi do niej tłoczna ulica z mnóstwem punktów gastronomicznych w których króluje typowe australijskie danie, czyli fish and chips. Było miło, ale Semaphore Beach do Port Noarlunga się nie umywa :)



































Morialta Conservation Park

Nasz gość szczęśliwie doleciał do domu i prawdopodobnie właśnie wita się z jakże uroczymi Katowicami :) Nim jednak osoba naszego gościa zaszczyciła singapurskie linie lotnicze, została zabrana na wypadzik do Morialta Conservation Park.
O miejscu tym już coś kiedyś wspomniałam, to tam widzieliśmy nasze pierwsze kangury na wolności. Wtedy był to jednak raczej bushwalking i dotarcie do jednego z wodospadów. Tym razem uznałam, że chcemy zobaczyć wszystkie trzy wodospady.
Sama nazwa Morialta jest pochodzenia aborygeńskiego i oznacza tyle co biegnąca woda lub "ever flowing", jak ktoś ma pomysł jak to ładnie przetłumaczyć to niech napisze :) 
Dość sprawnie dotarliśmy na miejsce i do pierwszego wodospadu, także do jaskini olbrzymów. Byłam tam już, drogę znałam więc poszło gładko. Potem kierując się znakami poszliśmy w przeciwną stronę niż było trzeba, na szczęście zrobiłam zdjęcie mapie i obrawszy właściwy kurs bez problemu trafiliśmy tam gdzie chcieliśmy. Drugi wodospad jest równie ładny jak pierwszy. Idąc w jedną stronę przeszliśmy nad nim. Oczywiście zrobiony jest pomost. Widoki po drodze olśniewające. Pomarańczowo-czerwone skały skąpane w słońcu, mówię Wam bajka :)
Droga do trzeciego wodospadu obfitowała w podobne bajkowe scenerie. Sam trzeci wodospad mniejszy niż poprzednie ale bardzo ładny. Pora roku pozwala na podziwianie roślinności i samych wodospadów. Znajomi mówili, że w lato, kiedy panuje susza, nie jest już zielono, a wody w wodospadach zwyczajnie brakuje i ich po prostu nie ma.
I chociaż wiem, że mają rację, to patrząc na otaczającą nas przyrodę, na prawdę trudno w to uwierzyć.
W drodze powrotnej zostawiłam gościa z dziećmi na kilka minut i z jęzorem do pasa zbiegłam do punktów widokowych w celu zrobienia zdjęć. Tam pierwszy wodospad można zobaczyć z góry, a drugi z boku tak dla odmiany.
Było pięknie :)



























Pekin i pora do domu

Rankiem wyruszyliśmy na tutejszą stację. Wyjechaliśmy wcześnie, choć nie tak wcześnie jak w Szanghaju. Chyba oswoiliśmy się już z tutejszym ...