czwartek, 8 marca 2018

Wittunga

Korzystając z przyzwoitej temperatury wybraliśmy się na spacer na Shepherds Hill. Taka sobie górka, na której znajduje się między innymi szkółka jeździecka i teren to ćwiczeń łuczniczych. Nie poszliśmy tam, przespacerowaliśmy się trochę, poszliśmy trasą widokową z widokiem między innymi na ocean. W sumie żałuję, że nie przyjrzałam się górce bardziej, bo później okazało się, że na terenie owego parku jest zabytkowy kolejowy tunel i wiadukt, raczej chyba jego ruiny, a stamtąd podobno ładny widok jest na wszystkie cztery strony świata, byłaby niezła panoramka ;)
No ale nic to. Na naszym spacerku spotkaliśmy jaszczurkę, węży nie widzieliśmy :) To co można powiedzieć o tym wzgórzu to to, że ma masę ścieżek rowerowych o różnym stopniu trudności. Te najtrudniejsze są specjalnie oznaczone.
Kolejnym punktem programu był Wittunga Botanic Garden. W tym celu przejechaliśmy jeszcze jedną stację. Teren ten zagospodarowany był przez rodzinę Ashby już w latach 20-tych XX wieku, jednak do publicznego użytku trafił w 1975.
Dzisiaj obchodzone było czterdziestolecie istnienia tego parku. Ładny, niezbyt duży, z dwoma stawami, ławeczkami, daszkami. Uważam, że to bardzo sympatyczne miejsce na rodzinny piknikowy wypad. 
Z racji dzisiejszego święta, ludzi było sporo, ale głównie stłoczyli się przy stanowiskach z jedzeniem. Tam też całkiem przyjemnie przygrywał zespół, czy też orkiestra, w różnych tonacjach od standardów jazzowych po nie wiem co, ale mnie to przypominało polską żołnierską piosenkę "My pierwsza brygada".
Z ciekawostek powiem Wam, że kilka razy spotkała nas sytuacja, że ktoś zatrzymał się, i choć nie prosiliśmy o żadną wskazówkę, zaczynał nam objaśniać jak dojść w jakieś miejsce. Dziwnie to wygląda, bo nie czujemy się specjalnie zagubieni, nawigację w telefonie mamy ;) Rozmowa zaczyna się tak, jakby to owa osoba pytała o drogę, po czym to ona tłumaczy nam. Uważam to za bardzo miłe.



































Węże

Z racji tego, że zrobiło się ciepło (wczoraj była bardzo "ludzka" temperatura 36,6 :) ), obudziły się węże, i zaczęły wyłazić z miejsc, gdzie zimowały. Na stronach parków narodowych już napotkacie informacje, że należy zachować ostrożność. Kolega z pracy Marcina w zeszłym tygodniu widział trzy węże, spacerując po Morialcie.
Wszystko to razem jest dla mnie inspiracją, żeby coś Wam o tych stworzeniach napisać :)
No więc węże w Australii są, a nawet jest ich sporo, i są niebezpieczne, a nawet bardzo niebezpieczne. Podejście jest mniej więcej takie: nie należy się bać, ale trzeba bardzo bardzo uważać. Nie jest jednak tak, że można się o nie potknąć, albo że wygrzewają się w każdym ogródku... No dobra, to też się czasem zdarza, ale należy podkreślić, że węże nie chcą konfrontacji z człowiekiem.
Do tego są to zwierzęta płochliwe, i dlatego wielu dojrzałych Australijczyków powie Wam, że nigdy żadnego węża nie widziało. 
To może teraz trochę liczb. Statystycznie w całej Australii notuje się około 2000 ukąszeń spowodowanych przez węże rocznie, natomiast przypadków śmiertelnych notuje się 2-3, a około 200 osób potrzebuje podania surowicy. Czyli podsumowując, żeby umrzeć przez węża trzeba mieć niesamowitego pecha. Zapytacie jak to się dzieje skoro większość węży jest jadowita, a ukąszeń bądź co bądź sporo. Otóż węże kąsają tylko jak są do tego zmuszone, np jak takiego nadepniecie, wystraszycie, biegniecie za nim z aparatem itd., i często te ukąszenia pozbawione są jadu. Nie wiem dlaczego, jeszcze nie doczytałam. Przypadki śmiertelne natomiast zwaliłabym na karb tego, że Australia to w dużej mierze pustkowie, a tam ciężko o opiekę medyczną i zasięg telefonu.
Generalnie Australijczycy wiedzą jak się zachować, od małego przyzwyczajani są do tego, że węże są i trzeba uważać. Gdzieś czytałam, że większość ukąszeń jakie wydarzyły się w Adelajdzie dotyczyły osób pod wpływem alkoholu.
To może teraz jakiego węża możemy spotkać. Po pierwsze najczęściej spotykanym jest eastern brown snake, one są wszędzie :), na Adelaide Hills bardzo często można spotkać red-bellied black snake, w okolicach rzeki Murray króluje black tiger snake i eastern tiger snake. Inne to: common death adder (po polsku zwany zdradnicą śmiercionośną), lowlands copper head, yellow faced whip snake, gwarder, desert banded snake. Zdjęć nie mam i w sumie mam nadzieję ich nie mieć, ale jakby ktoś chciał zobaczyć jak wyglądają te stwory to zapraszam choćby tu: http://www.whatsnakeisthat.com.au/sa/adelaide.html?start=8
A gdy się zdarzy, że jakiś zabłąkany gad pojawi się w okolicach domu, z pomocą przychodzi "łapacz węży", ot taki endemiczny australijski zawód :)

Głosowanie

Dziś o tym jak się głosuje za granicą. Co prawda wybory parlamentarne 25.10 ale my już swój głos oddaliśmy. Pierwszy raz w życiu zagłosowaliśmy korespondencyjnie. Wniosek wypełniliśmy przez internet, nie było problemu z wypełnieniem formularza, trwało to może ze dwie minuty. Po 4 dniach przyszły karty do głosowania z kopertami zwrotnymi.
W głosowaniu korespondencyjnym można dość łatwo oddać nieważny głos. Jeśli ktoś nie przeczyta instrukcji może to zrobić i nie chodzi wcale o znak iks przez który rozumie się dwie linie skrzyżowane ;)
W zestawie otrzymuje się dwie koperty, karty do głosowania i oświadczenie. Do jednej koperty wkłada się karty do głosowania i zakleja, osobno podpisane oświadczenie. Jeśli koperta jest nie zaklejona albo oświadczenie włożone do kart do głosowania, głos jest nieważny.
Dzisiaj karty wysłałam do Sydney i do Canberry, a to dlatego, że miejsce mogliśmy wybrać, więc ja wybrałam Sydney, a Marcin Canberrę.
Dzisiaj też świętowaliśmy urodziny mojego męża. Dzieci w dekorowaniu domu przeszły same siebie. Świeczki włożyliśmy w roladę lamingtonową, taki substytut tortu :) A zamiast czapeczek na głowę każdy miał swoje zwierzęce uszka, od krowy, przez lisa aż po króliki. Ubaw po pachy :)


Buty

Dzisiaj będzie słów kilka o butach w Australii. 
Czasem trzeba kupić dzieciom buty. Trzeba to zrobić, bo dzieci to stworzenia rosnące :) No i powiecie w czym problem... otóż jest pewien problem.
Kilkakrotnie zdarzyło nam się spotkać z Polakami mieszkającymi tutaj, mającymi dzieci, którzy komentowali buty naszych dzieci, coś w stylu jakie fajne buty, na pewno z Polski przywiezione, tutaj takich nie znajdziecie.
I powiem Wam jest problem z kupieniem porządnych butów. Mówiąc porządne buty, mam na myśli takie, które mają stabilną piętkę, są wyższe, zrobione z naturalnych materiałów. Przechadzając się po sklepach mogę stwierdzić, że najwięcej jest japonek i obuwia sportowego.
Tak maleńkich japonek w życiu nie widziałam :) i sprawdza się informacja, że to ulubione obuwie Australijczyków. I powiem tak, nie zarzekam się, być może gdzieś istnieje sklep, w którym jakość buta będzie zależała tylko od jego ceny, tak jest mniej więcej w Polsce.
Z dotychczasowych doświadczeń jednak stwierdzam, że zakup solidnych sandałów wydaje się niemożliwy. Za to zakup solidnych butów sportowych to pryszcz, mniej lub bardziej firmowe są wszędzie :) a te firmowe często wychodzą taniej niż w Polsce.
Oprócz obucia stóp konieczne w Australii jest nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne. Obie te rzeczy można zakupić na każdym niemal kroku na przykład w aptece :)


środa, 7 marca 2018

Nurkowanie i spacerek w Onkapringa River National Park

My to mamy szczęście :) Znowu udało nam się zobaczyć coś nowego dzięki uprzejmości Justyny i Artura.
Rozpoczęliśmy poniedziałek spacerkiem. Poszliśmy szlakiem Echidna Trail w Onkapringa River National Park. Szlak kolczatki został wybrany chyba ze względu na nas, bo polujemy na to stworzenie, niemal od samego przyjazdu. I nie uwierzycie ... ale nie było jej. To znaczy pewnie gdzieś była, ale nie pofatygowała się, żeby nam się pokazać :)
Poszliśmy zobaczyć wodospad, ale od kilku dni jest ciepło (delikatnie mówiąc) i wody zwyczajnie w nim zabrakło. Perspektywa braku deszczu na przykład przez trzy lata jest dla mnie przerażająca, a tak się już tu zdarzało. Była za to fajna jaszczurka :)
Spacer bardzo fajny, ale zaczęło robić się bardzo ciepło, więc trzeba było uciekać nad wodę.
Odwiedziliśmy plażę w Noarlunga, ale w zupełnie innym miejscu niż ostatnio. Teraz pojechaliśmy tam gdzie molo. Molo tam jest dość niezwykłe, kończy się schodami, którymi można zejść sobie i ponurkować i popodziwiać sztuczną rafę.
Czyli ryby... dużo ryb, ślimaki, rozgwiazdy i inne. Na plaży spotkałam dwóch chłopców może dziesięcioletnich, którzy podekscytowani nieśli jakąś czerwoną zdobycz. Myślałam, że to może koralowiec, ale Artur szybko wyprowadził mnie z błędu. Na tej sztucznej rafie koralowców nie ma, bo woda za zimna.
Marcin mówił, że widok piękny i przeżycie niesamowite. On poszedł z Arturem nurkować, tzn. tak z rurkami przy powierzchni, i był bardzo tym faktem przejęty i zadowolony :) Chyba mu się spodobało. A że woda była niezbyt ciepła, bo głęboka, to wypożyczył kostium do nurkowania.
Cóż, jesteśmy bardzo wdzięczni naszym znajomym, za kolejną fantastyczną wyprawę :)

















Plaża Glenelg

Każdy, kto nas zna, wie, że istotną dla nas sprawą jest uczestnictwo we Mszy Świętej. Wiecie już, że jeździmy do kościoła na Ottoway, wiecie również, że miało miejsce przestawienie czasu z zimowego na letni, jak również to, że poprzedni dzień spędzony był intensywnie.
Pewnie myślicie, że zaspaliśmy :) nic bardziej mylnego. Ogólnie rzecz ujmując niedziela upłynęła nam na pielgrzymowaniu. A było to tak.
Zerwaliśmy się wszyscy z samego rana i wybiegliśmy na pociąg, a właściwie nie wszyscy, ja wybiegłam z maluchami, w trakcie dobiegania Agi przyjechał pociąg, niestety Marcin pojawił się w chwili, kiedy pociąg odjeżdżał (jak się później okazało spóźnienie Marcina wyszło nam na dobre). Trzeba tu powiedzieć jasno, że nasz środek transportu pojawił się wcześniej niż powinien. No nic, zdarza się.
Wróciliśmy do domu i Marcin zaczął sprawdzać, czy może gdzieś bliżej się uda, tylko będzie po angielsku. I znalazł się kościół całkiem blisko. Wybiegliśmy na pociąg, a w między czasie napisałam do Justyny, że nas nie będzie, bo nam pociąg zwiał. Oczywiście dostaliśmy propozycję podwiezienia, ale uznaliśmy, że już jesteśmy w drodze i nie będziemy robić kłopotu.
Pojechaliśmy. Na kościele zastaliśmy wypisaną informację, że powinna być msza, ale nie było. Pusto, wszystko pozamykane. I powiem Wam, że nie wzbudziło to naszych podejrzeń, ponieważ już spotkaliśmy się z nieprawdziwymi informacjami w Internecie na temat tutejszych mszy. Po raz drugi wróciliśmy do domu. Przypomniało mi się, że na pewno jest msza na Salisbury, i wydawało mi się, że msza jest na 12.30. Ponieważ jednak głowy nie dałabym sobie uciąć, kazałam sprawdzić Marcinowi. Nie było to łatwe, ale udało się.
Okazało się, że msza jest na 12, do kolejnego pociągu mieliśmy minutę, wybiegliśmy z kanapką w ręku i zdążylibyśmy tylko, że ... nim wybiegliśmy robiłam ciepłe kanapki w tym ustrojstwie do tego służącym, wiedziałam, że kolejne zostawiłam położone na sandwichu i nie byłam pewna, czy go wyłączyłam, no i... trzeba było się wrócić. Pociąg pojechał bez nas (jak się później okazało wyszło nam to na dobre :) ).
Wróciliśmy, Marcin usiadł przy komputerze i znalazł mszę w Glenelg na godzinę 17. Tam znajduje się bodaj najsłynniejsza z adelajdzkich plaż. Wyluzowaliśmy, śniadanie zostało dokończone, i tak trwaliśmy sobie do pory obiadu. Podczas jego przygotowania zadzwoniła Justyna z zapytaniem czy udało się nam gdzieś iść do kościoła. Musiałam się przyznać, że nie. Nasi niezawodni znajomi podpowiedzieli nam, że na godzinę 18 w jednym z kościołów w mieście jest msza, po czym stwierdzili, że jeśli chcemy to być może zdążymy na 14.30 na mszę afrykańską, i wtedy stało się coś dziwnego, bo popatrzyłam na zegarek i według mnie była już 14 30. Hmmmm okazało się, że jest godzina 13.30, czyli mój zegarek został przestawiony dwa razy i wszystko co robiliśmy do tej pory robiliśmy o godzinę za wcześnie. Z tego wniosek, że spokojnie zdążylibyśmy na Ottoway, kolejna msza na Albert Park prawdopodobnie się odbyła, i tak dalej.
Zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Glenelg na 17, bo gdyby coś, to zawsze możemy wrócić do miasta na 18, no i przy okazji odwiedzimy słynną plażę.
Do Glenelg pojechaliśmy jedyną w Adelajdzie linią tramwajową. W Glenelg wszystko poszło dobrze, głównie dlatego, że wiedzieliśmy, która jest godzina :) Najpierw poszliśmy do kościoła po wezwaniem Our Lady of Victories. Duży kościół, od frontu wygląda trochę jak teatr. Potem poszliśmy na ową komercyjną i wszystkim znaną plażę.
Miejsce tłoczne, prowadzi do niego pasaż z mnóstwem sklepów i pubów. Przy plaży stoją apartamentowce z widokiem na morze. Przed plażą jest spory plac, jest też molo. Ładnie, ale szału nie ma, a ja zdecydowanie wolę miejsca mniej tłoczne. Poza tym, liczba ludzi pod wpływem była dość przerażająca, a większość zasłyszanych wypowiedzi miała na początku, w środku i na końcu "fuck", żadna przyjemność.
Może wybiorę się tam kiedyś w tygodniu, jak będzie pusto.
Pielgrzymka się udała :)




























Pekin i pora do domu

Rankiem wyruszyliśmy na tutejszą stację. Wyjechaliśmy wcześnie, choć nie tak wcześnie jak w Szanghaju. Chyba oswoiliśmy się już z tutejszym ...